27 czerwca 2016

KAIRSKIE IMPRESJE - WSTĘP

I tak oto, po jesieni we Włoszech i zimie w Polsce, nadeszła wiosna w Egipcie. A może to już było lato? Kair w kwietniu powitał mnie słońcem i ciepłem, przyjemnym wiatrem, ale przede wszystkim wieloma zdziwieniami. O tych zdziwieniach będzie dużo teraz, na początku, dopóki nie staną się zupełnie normalnymi zjawiskami dnia codziennego. Mojego dnia codziennego w nowym kraju.

Przygotowywałam się do tej zmiany od wielu lat i właściwie przygotowałam się nieźle. Choć wiele rzeczy mnie dziwi, czasami wręcz szokuje, to muszę przyznać, że nie mam problemów z przystosowaniem się do tutejszego życia. A na przyszłość, żeby nie zapomnieć jak to było na początku, zaczynam moje kairskie impresje. Będzie odwrotnie niż we Włoszech - więcej czytania, mniej zdjęć.

WSTĘP
Czyli to, co dziwi na pierwszy rzut oka, nie wdając się w szczegóły (wdam się w nie później).

Lotnisko. Przylatujemy do starego terminala kairskiego lotniska międzynarodowego, a tam... dziwy nad dziwami. Sam terminal wygląda jak - przepraszam za wyrażenie - nigdy nieremontowana buda. Kolejek co najmniej 5, bardzo długich. Dwie przeznaczone tylko dla pasażerów samolotu z Arabii Saudyjskiej. To pielgrzymi z wiosek i miasteczek, wracający z omrah. Mężczyźni w tradycyjnych strojach -  galabijach, kobiety zaś w większości w burkach. Torby i walizki trzymają na głowach. Panuje totalny chaos, kontrola trwa w nieskończoność, a jest 3 rano. Przed terminalem tłumy oczekujących - na podróżnych z Arabii. [Na pocieszenie pamiętam, że istnieje też nowe lotnisko międzynarodowe w Kairze, zupełnie przyzwoite].

W ogóle noszenie na głowie bardzo mi się podoba, a już jazda na rowerze z ogromną tacą pełną chleba na głowie, to dla mnie mistrzostwo :)



Rano, pod naszym oknem, przejeżdża pan na wozie ciągniętym przez osiołka, sprzedający np. fasolkę na śniadanie. Albo warzywa. Chleb. Krzyczy, co sprzedaje, a kto chętny, wygląda przez okno i mówi ile chce, na sznurku spuszcza wiaderko z pieniędzmi, pan ładuje do wiaderka i z powrotem wciąga się je na górę. Najprostsze rozwiązania są najlepsze!


Ludzie. Mili i nienachalni. Nienachalni zapewne dlatego, że nie przyjechałam tu jako turystka i na razie wszędzie chodzę w towarzystwie męża. Za to każdy pomocny i uśmiechnięty. Sąsiedzi witający mnie słodkościami, a mała Arła, córka portiera (każdy budynek ma tu portiera, który jest zwykle przybyszem z południowego Egiptu, nie mającym grosza przy duszy) z zaciekawieniem podbiega, żeby mi się przyjrzeć. Boso, z szeleszczącymi "złotymi" bransoletkami na rękach i równie złotymi kolczykami. Po kilku tygodniach i stosie czekoladek z Polski, z pewną nieśmiałością przybijamy sobie piątkę na powitanie.

To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to różnice. Klasowe - bardzo widoczne na ulicach, ale także poszczególne dzielnice Kairu często dzieli przepaść. Nieodnowione, czasami wręcz walące się budynki, tonące w śmieciach, brak chodników i dziury w drogach, jakich świat nie widział kontra nowe dzielnice np. 5th District, New Cairo czy 6th of October City - wille, zamknięte osiedla z basenami i parkami w środku, przepiękna architektura, centra handlowe na miarę XXI w., mnóstwo zieleni i kwiatów, idealne drogi i zupełnie czysto - można się zakochać i zostać na zawsze. Egipt to biedny kraj, ale patrząc na to ile się tu buduje domów, bloków, całych osiedli, to trudno w to uwierzyć. Zwłaszcza, że chętnych do kupna nie brakuje, a ceny, choć oczywiście trochę niższe niż w Europie, jak na tutejsze warunki są bardzo wysokie. Są też dzielnice takie... normalne, może nie lśniące, ale da się żyć, zielone i całkiem ładne. Klimatyczny, stary i urzekający Zamalek, czy pełne obcokrajowców Maadi. 

 New Cairo
Widok na Stary Kair
Zamalek
Giza
 
Urzędy. Ogromnego szoku doznałam w urzędzie, w którym składałam wniosek o zameldowanie. Budynek przy Tahrir Square, ogromny, a w środku... dziki tłum i totalny chaos. Przy okienkach zasada - kto pierwszy (i silniejszy, i bardziej zdeterminowany) ten może coś załatwi. Urzędnicy zapisują wszystko ręcznie, w księgach, komputery (raczej wiekowe) można policzyć na palcach jednej ręki. Ludzie - przegląd wszystkich ras i narodowości. Szczęściarz, kto znajdzie sobie kawałek wolnej przestrzeni i nie musi wdychać dwutlenku węgla wydychanego przez innego petenta. Ale, żeby nie było, pani urzędniczka, wręczając mój paszport z wizą na rok mojemu mężowi, powiedziała (zupełnie na poważnie) - Proszę dbać o żonę i opiekować się nią tutaj, jest pan za nią odpowiedzialny.
No.

Czas. Oj, Egipcjanie mają go bardzo dużo... Więcej nawet niż Włosi. Wiza miała być za 2 tygodnie, była za 5 tygodni (w międzyczasie skończyła mi się turystyczna wjazdowa, ale nikt się tym nie przejął). Internet padł. Tzn. nie padł, tylko zmieniono nam nr telefonu (nie informując nas o tym), a był to nr kogoś innego, kto nie płacił rachunków i mu odcięli telefon. Ale nie tak do końca odcięli, bo jednak jeszcze był na jego nazwisko... Ale nie w tym rzecz. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkowo, kiedy nagle przestał działać internet. Okazało się, że coś tam naprawiają, zmieniają, internetu nie będzie 2 dni. Ostatecznie prace trwały 5 tygodni, a jak już włączyli, to... internet dalej nie działał. Pomogła dopiero wizyta w oddziale z wypowiedzeniem umowy - stał się cud i internet śmiga, że hej.

Jest noc. A konkretnie 00.30. Domofon. Przywieźli wyprasowane pranie z pralni. Bo życie Egipcjan toczy się nocą. Wizyta u lekarza? Przyjmuje od 21. Zakupy? 1 czy 2 w nocy, proszę bardzo. Nie mówiąc o knajpach, w których siedzieć można do rana. Ulice zatłoczone do późnych godzin nocnych (czyt. godziny szczytu są tu tak od 15 do północy). Jednak gdyby się komuś zdrzemnęło w czasie Ramadanu, nic straconego. "Wolontariusze" (chciałabym któregoś z nich spotkać, ale on raczej by nie chciał), przejeżdżają ulicami (i małymi uliczkami też) przed wschodem słońca (czyli koło 3 rano) waląc nie wiem w co i krzycząc tak, że trup by wstał. Żeby nie przegapić Suhur (ostatniego posiłku), wiadomo. No ale wielowiekowych tradycji się nie zmieni...

Rozpisałam się, ale to i tak kropla w morzu. Bo tak naprawdę moje pierwsze wrażenie jest pozytywne.  A może to tylko złudzenie? Albo ekscytacja nowym miejscem jeszcze nie minęła? To się okaże z czasem...